Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

28.12.12

Mało znani, a warci uwagi - cz. 5 - Olivier Messiaen

Witam!


Dziś kolejna część cyklu, w którym przedstawiam Państwu przykłady kompozytorów, którym, jak sądzę, dobrze zrobiłaby większa publika. Dziś omówimy twórcę, który ma styl pokrewny ze stylem omawianego już wcześniej Francuza - Jehana Alaina. Tego artystę poznałem dzięki znakomitej stronie Vienna Symphonic Library - Instruments Online, w której zaprezentowane są informacje na temat dużej liczby instrumentów używanych we współczesnej orkiestrze wraz z próbkami dźwiękowymi rozmaitych efektów i dźwięków w różnych rejestrach instrumentu. Polecam ją wszystkim zainteresowanym organologią (nauką o instrumentach) i orkiestracją. ;) W każdym razie, w rozdziale na temat glockenspielu (a po naszemu dzwonków orkiestrowych), w sekcji "Repertuar" (gdzie wymienione są ważne dzieła z udziałem danego instrumentu) - pojawił się utwór autorstwa kompozytora, o którym słyszałem, ale wcześniej nie zainteresowałem się jego muzyką - Oliviera Messiaena:

Jest to francuski organista Olivier Messiaen:


Olivier Messiaen (ur. 1908, zm. 1992) to jeden z najsławniejszych francuskich kompozytorów współczesnych, a także znany organista. Uważam jednak, że wciąż jego muzyka jest (przynajmniej w Polsce) zbyt mało znana.

Tymczasem wydaje mi się, że twórczość Messiaena jest dość łatwa w odbiorze, biorąc pod uwagę okres tworzenia i to, że spora jej część jest chromatyczna (atonalna). Sekret polega na tym, że kompozytor używa, zamiast nieprzyjemnych raczej dla ucha klasterów czy bardzo dysonansowych współbrzmień, akordów stosowanych powszechnie w muzyce tonalnej. Są one jednak użyte dla koloru, nie obejmują ich jakiekolwiek zasady harmonii. Taka muzyka łączy znane (akordy) z nieznanym (nietypowe, raczej chromatyczne melodie). Rytmy utworów Messiaena bywają bardzo skomplikowane; bywają także zaczerpnięte z muzyki Wschodu. Jednak najważniejszą cechą twórczości tego kompozytora jest moim zdaniem kolor - egzotyczny, niespotykany, nie rezerwowany na szczególne momenty, jak to zazwyczaj ma miejsce, ale używany przez większość czasu. W muzyce organowej objawia się to przez wyrafinowaną rejestrację wykorzystującą wiele głosów o różnych brzmieniach, w kompozycjach orkiestrowych zaś - przez bardzo czynny udział zazwyczaj sporej grupy instrumentów perkusyjnych.
W twórczości Messiaena widać dwa motywy przewodnie - religia (rzymskokatolicka) - co widać poprzez tytuły dzieł, a także być może ich charakter - oraz śpiew ptaków - co znowuż słychać bardzo konkretnie (co prawda nie we wszystkich utworach).

Przejdźmy więc do utworów, które mógłbym polecić na początek.

Za dobre wprowadzenie uważam jego wczesne utwory organowe. Bardzo na czasie będzie np. suita La Nativité du Seigneur. Moja ulubiona część to Les Bergers, czyli oczywiście "Pasterze". Składa się ona z dwóch segmentów. W pierwszym z nich wysokie akordy staccato stanowią tło dla niższych akordów melodycznych. Po krótkim łączniku rozpoczyna się fragment drugi - pojawia się w nim melodia głosów klarnetowych, tym razem z akompaniamentem. Następnie powtarza się on z nieco inną rejestracją - tym razem przodują głosy obojowe. Po tym melodia - znów najpierw w klarnetach, później w obojach - jest przetwarzana poprzez dodanie dźwięków przejściowych.



Inną ciekawą częścią, może nieco podobną, jest Les Mages, co moglibyśmy przetłumaczyć jako "Trzej królowie". To dzięki niej zainteresowałem się tą suitą.




Kolejną ciekawą suitą organową Messiaena jest L'ascension, czyli "Wniebowstąpienie". Pierwotnie była ona napisana na orkiestrę, ale wydaje mi się, że bardziej popularna jest właśnie wersja na organy. Najbardziej znana jest część trzecia - Transports de joie - przedstawia ona mniej medytacyjną, a bardziej ekstrawertyczną stronę twórczości kompozytora.



Polecam też pozostałe części tej suity, szczególnie pierwszą.


Messiaen pisał także utwory na fortepian solo. Jednym z wczesnych przykładów jest zbiór preludiów. Moje ulubione to La colombe, czyli "Gołąb" ("Gołębica"?):




Do najsławniejszych utworów Messiaena należy przykład jego twórczości kameralnej - Quatuor pour la fin du temps, czyli "Kwartet na koniec czasów". Został napisany na takie instrumenty, jakie były dostępne w obozie koncentracyjnym, gdzie wylądował kompozytor (swoją drogą, znajdował się on w Zgorzelcu) - klarnet, skrzypce, wiolonczelę i fortepian. Nie znam zbyt dobrze tego utworu, ale wydaje mi się, że najprzystępniejszą jego częścią jest krótkie Intermezzo. Pamiętajmy, w jakich warunkach powstawał kwartet - jest to muzyka trudniejsza w odbiorze niż przedwojenne kompozycje Messiaena.




Nieco późniejszym, ale także powstałym w wojennych czasach utworem jest chyba największe dzieło Messiaena na fortepian - także, można by rzec, świąteczna suita - Vingt regards sur l'enfant-Jésus, czyli "Dwadzieścia spojrzeń na Dzieciątko Jezus". Część "spojrzeń" jest trudniejsza do słuchania, część łatwiejsza. Ja mogę się pochwalić, że pewnego razu przesłuchałem wszystkich na jednym posiedzeniu. :) Tutaj jednak zamieszczam takie utwory, które stanowią dobre wprowadzenie, a za takie uważam "spojrzenie" jedenaste, czyli Première communion de la Vierge:



(W powyższym przykładzie znajduje się także (po 6:22) "spojrzenie" dwunaste, które jest dość brutalne, toteż proszę się nie przestraszyć :) ).


Na koniec kilka utworów orkiestrowych. Zacznijmy od tego, dzięki którego poznałem Messiaena - Oiseaux exotiques na fortepian i małą orkiestrę. Poniżej bardzo dobre nagranie z dyrygującym Boulezem i grającym Aimardem, niestety w dwóch częściach:




W tym utworze można zaobserwować mistrzostwo, z jakim kompozytor posługiwał się śpiewem różnych rodzajów ptaków. Niezwykle ciekawie została też użyta perkusja.


Najciekawszym moim zdaniem, choć pewnie też niełatwym w odbiorze (m.in przez długość) dziełem orkiestrowym Messiaena jest Turangalîla-Symphonie - monumentalny utwór na wielką orkiestrę, fortepian i fale Martenota.

Cóż to są fale Martenota? - Czytelnicy podrapią się po głowie. Jest to bardzo ciekawy instrument elektroniczny, jeden z najwcześniejszych.


Nie będę skupiał się na mechanizmie działania ani na innych detalach, ponieważ sam średnio się na tym znam. :) Dźwięk w falach Martenota wywołujemy przez naciskanie specjalnego przycisku; siłą naciskania regulujemy głośność. Wysokość dźwięku regulujemy na dwa sposoby - za pomocą klawiatury (która nieco się porusza, czym możemy osiągnąć efekt vibrato) oraz specjalnego pierścienia na lince położonej przy klawiaturze - można go przesuwać osiągając płynne przejścia między dźwiękami, czyli portamento.

Wróćmy do utworu - nie będę go opisywał, bo byłoby to skomplikowane zadanie. Jeśli podobają się nam dzieła Messiaena, proponuję po prostu znaleźć czas i wysłuchać całości symfonii:


Dźwięk fal Martenota można usłyszeć szczególnie w drugiej części (7:30).


Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi muzyka Messiaena zyska nieco więcej miłośników. :)

Pozdrawiam,
J. J. Starzomski

1.12.12

Mało znani, a warci uwagi - cz. 4 - John Adams

Witam!


W dzisiejszym wpisie pojawi się kolejna postać kompozytora, który nadal żyje i tworzy.

Okoliczności poznania tego twórcy są mi znane bardzo dokładnie - utwór jego inaugurował bowiem XIV Forum Lutosławskiego 12 lutego 2011 roku w warszawskiej Filharmonii Narodowej, czego miałem przyjemność być świadkiem. Z przykrością muszę stwierdzić jednak, że utwory wówczas grane nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jakie powinny - nie miałem jeszcze wówczas zwyczaju zapoznawania się z utworem przed wysłuchaniem go na koncercie. W każdym razie, koncert ten nie zapadł mi zbytnio w pamięć.

Na szczęście, pewnego dnia rzucił mi się w oczy program, który nabyłem będąc na owym koncercie - jako że nie mogłem znaleźć sobie zajęcia, przejrzałem go. Ponieważ byłem już wówczas bardziej zapoznany z muzyką współczesną, postanowiłem zainteresować się kompozytorami, których utwory znajdowały się w programie koncertu. Padło akurat na bohatera dzisiejszego wpisu, a mianowicie Johna Adamsa:


Ten amerykański kompozytor urodzony w 1947 roku bywa niesłusznie zaliczany do minimalistów - rzeczywiście, czerpie on inspirację z tej grupy artystów, lecz jego styl osobisty bardzo różni się od standardowego stylu minimalistycznego.


Chyba najsłynniejszym i jednym z ważniejszych dzieł Adamsa jest trzyaktowa opera pt. Nixon in China, zgodnie z tytułem opowiadająca o wizycie prezydenta Stanów Zjednoczonych Richarda Nixona w Pekinie. Mój ulubiony utwór Adamsa, ten, którego słuchałem na ww. koncercie, ma z tą operą wiele wspólnego - mówi się, że miał stanowić jej część, ale w rzeczywistości obydwa dzieła powstawały tylko w tym samym czasie. Kompozycja ta ma tytuł The Chairman Dances (Foxtrot for Orchestra), czyli "Przewodniczący tańczy (Fokstrot na orkiestrę)". Można w nim dostrzec zarówno pierwiastki minimalistyczne, jak i elementy orientalne czy jazzowe (ma przywodzić na myśl chińską muzykę filmową z lat 30.). Jeśli chodzi o program utworu, bardziej skupia się on w zasadzie na tzw. Madame Mao. Zaprasza ona przewodniczącego do siebie, a on zstępuje ze swojego wielkiego portretu i tańczy z nią przy wtórze gramofonu. W muzyce pojawiają się fragmenty żywiołowe (jak na przykład rozpoczynający kompozycję motyw, na którym jest ona właściwie w całości zbudowana), ale także wolne i sentymentalne. Warto zwrócić uwagę na zakończenie - pojawiają się charakterystyczne, pseudojazzowe akordy (11:03) grane na fortepianie, faktura w tle rzednie, akordy są grane coraz wolniej, aż w końcu fortepian zanika i milknie, a w tym czasie instrumenty perkusyjne naśladują odgłosy zwalniającego gramofonu (!).




Innymi ciekawymi przykładami orkiestrowych utworów Adamsa są dwie kompozycje publikowane czasem razem jako "Dwie fanfary na orkiestrę", choć faktycznie nie są one powiązane. Pierwsza z nich to Tromba lontana (czyli "Odległa trąbka"), nietypowa, jak na fanfarę, bo cicha i introwertyczna:



Druga ma tytuł Short Ride in a Fast Machine (Fanfare for Great Woods) i jest już bardziej charakterystyczna - zaczyna się od rytmu wybijanego na pudełku akustycznym i jest on kontynuowany przez większość utworu.




John Adams skomponował trzy utwory na fortepian solo, w tym dwa utrzymane w dość ściśle minimalistycznym stylu. Prawdopodobnie będą przywodzić na myśl współczesną muzykę typu ambient. Oto jeden z nich - China Gates:




Na koniec jeszcze jeden utwór orkiestrowy o wdzięcznej nazwie Lollapalooza. Nazwa, swoją drogą oznaczająca w dawnym amerykańskim slangu coś niezwykłego, wielkiego, itp., wzięła się z rytmu granego od samego początku przez puzony i tubę, który przypomina rytm owego wyrazu.





Mam nadzieję, że zachęciłem tym artykułem do zapoznania się z resztą twórczości Adamsa. :)

Pozdrawiam, Dr Kilroy

28.10.12

Mało znani, a warci uwagi - cz. 3 - Nikołaj Kapustin

Witam!

Mam nadzieję, że nie będzie jakąś niedogodnością trzeci z rzędu wpis o tematyce muzycznej. :) Tych, którzy nie są ich fanami, pocieszam - następny będzie już artykuł o strojach. Natomiast miłośnikom muzyki zaprezentuję dziś kolejnego ciekawego kompozytora, pierwszego takiego rodzaju w niniejszym cyklu - współczesnego (żyjącego), a na dodatek zza naszej wschodniej granicy.

Nie pamiętam już, skąd właściwie dowiedziałem się na temat tego kompozytora - możliwe, że poprzez stronę internetową Piano Society (link), która udostępnia nagrania utworów fortepianowych w wykonaniu pianistów-amatorów. Tak czy inaczej, kompozytorem tym, jednym z moich ulubionych z kręgu muzyki współczesnej, a także uważanym za największego z żyjących kompozytorów, jest Nikołaj Kapustin.




Kapustin, urodzony w 1937 roku (kilka miesięcy po śmierci Gershwina, ale jeszcze za życia Ravela) pochodzi z Ukrainy. Pomimo takiej bliskości geograficznej, jest praktycznie nieznany w Polsce.

Styl Kapustina jest bardzo charakterystyczny i z łatwością można go wyróżnić spośród stylów pozostałych kompozytorów XX i XXI wieku. Łączy on wirtuozowską technikę typową dla kompozytorów rosyjskich, takich jak Rachmaninow czy Metner, z idiomem jazzowym. Czyni to jego muzykę bardzo przystępną na tle pozostałej muzyki tworzonej w tym samym okresie. Kapustina można by było nazwać więc dzisiejszym Gershwinem, choć oczywiście nie sposób ich pomylić - pamiętajmy o tym, że istnieją także różne gatunki jazzu, popularne w różnym czasie. :)

Pierwszym utworem, który wprowadził mnie w twórczość Kapustina była jego Sonatina op. 100:



Jest ona dość nietypowa ze względu na swoją jednoczęściową budowę (chyba, że za część wolną zaliczamy jednotaktową sekcję Andante w 2:25, co chyba było z resztą humorystyczną intencją kompozytora :) ). Mamy tu do czynienia z owym połączeniem stylów klasycznego i jazzowego - słyszymy głównie muzykę z idiomu jazzu, lecz wprawne ucho z łatwością zwróci uwagę na bardzo charakterystyczne, można by powiedzieć haydnowskie, motywy, stosowane w sonatach klasycystycznych, zwłaszcza Haydna.
Warto także spostrzec, że jest to utwór jubileuszowy - setne opus. Kapustin nie skomponował na tę okazję długiego, skomplikowanego ani trudnego do wykonania arcydzieła, lecz tę właśnie krótką i prostą miniaturę, przystępną do grania nie tylko dla wirtuozów (niestety, w przeciwieństwie do znakomitej większości jego twórczości).

Innym utworem z grona moich ulubionych jest Big Band Sounds, op. 46:





W tym utworze Kapustin naśladuje improwizacyjny styl niektórych czołowych pianistów jazzowych - w szczególności przywodzi na myśl Oscara Petersona, którego kompozytor podaje za inspirację ogółu twórczości.

Poniżej inny utwór na fortepian solo, który polecam: Etiuda op. 40 nr 7 - Intermezzo:



Kapustin napisał sporo muzyki kameralnej, ale jeszcze nie zająłem się jej odkrywaniem. ;)

Część jego twórczości stanowi muzyka orkiestrowa. (Tę orkiestrę należy jednak czasem wziąć w cudzysłów, bo często jest ona po prostu big bandem.) Ma ona mniej pierwiastków klasycznych, niektóre jednak są zachowane. Proszę także zwrócić uwagę, że część zespołu stanowi fortepian (lub też jest solistą). Poniżej dwa przykłady - Toccata, op. 8:



Oraz II Koncert fortepianowy:







Innym ciekawym utworem na fortepian i orkiestrę jest Koncert fortepianowy nr 4:







Z początku można by wywnioskować, że koncert ten zawiera jeszcze mniej elementów muzyki klasycznej niż poprzedni, który tu umieściłem; tymczasem mnie wydaje się odwrotnie - bo wybitnie nieklasycznym pierwszym temacie pojawia się temat drugi, wolniejszy, który przywodzi mi nieco na myśl drugą część koncertu fortepianowego Gershwina.



Na koniec moglibyśmy się zastanowić nad kontrowersyjną sprawą - dlaczego uznajemy, że tacy kompozytorzy jak Gershwin czy właśnie Kapustin to kompozytorzy i wykonawcy muzyki klasycznej, a nie jazzu.

Po pierwsze - nie możemy tak powiedzieć, jeśli chcemy się wyrazić szczegółowo i dogłębnie. Gershwin skomponował bardzo wiele piosenek popularnych, a Kapustin grywał w zespołach jazzowych, szczególnie z Orkiestrą Olega Lundstrema. Dlatego przyjmijmy, że jeśli mówimy o owych muzykach w kategoriach muzyki klasycznej, bierzemy pod uwagę tylko ich utwory i wykonania klasyczne.

Po drugie - argumentem przemawiającym za faktem, że kompozytorzy, o których mowa, to kompozytorzy klasyczni, jest forma ich utworów. Pisali oni oczywiście utwory o budowie swobodnej, spora ich część jednak ma nazwy nawiązujące do tradycji muzyki i sugerujące treść: preludia, rapsodie, fantazje, wariacje. Pojawiały się także jednak takie dzieła, których forma jest bardziej rygorystyczna: Gershwin napisał m.in. koncert fortepianowy (w którym pojawia się forma sonatowa oraz cykl sonatowy) oraz fugę (pojawia się ona w suicie Catfish Row). Kapustin jest autorem wielu kompozycji o formalnej budowie: koncertów, sonat, a nawet cyklu preludiów i fug, porównywanego z cyklami Bacha czy Szostakowicza:





Po trzecie - właściwie więc jedynymi (choć, oczywiście, bardzo ważnymi) elementami dzieł Gershwina czy Kapustina, które są zaczerpnięte z jazzu, są harmonia i rytmika. Pamiętajmy jednak, że także kompozytorzy, którzy raczej są generalnie zaliczani do klasycznych bez kontrowersji, byli zainspirowani tym gatunkiem muzyki. Idąc za ciosem, musielibyśmy zaliczyć do jazzu takie utwory, jak koncerty fortepianowe i druga część sonaty skrzypcowej Ravela, kilka utworów Debussy'ego, Milhauda, itp.

Po czwarte - kluczowym elementem jazzu jest improwizacja. Mówiąc krótko, utwory Gershwina i Kapustina są zapisane przy użyciu notacji muzycznej, mają być wykonywane zgodnie z zapisem i nie ma w nich miejsca na improwizację.

Mam nadzieję, że przekazałem dziś informacje na temat kolejnego ciekawego kompozytora, a od następnego wpisu zajmę się z powrotem tematami związanymi ze strojami formalnymi (lub, jak planuję, półformalnymi).

Pozdrawiam, Dr Kilroy

12.10.12

Ralph Vaughan Williams - Sinfonia antartica

Witam!

Ostatnim razem pisałem z okazji ważnej rocznicy urodzin. Tak będzie i tym razem, bowiem możliwość napisania i opublikowania czegoś właśnie w tę rocznicę mobilizuje mnie do pracy. :)

Zazwyczaj wpisy na tematy muzyczne zawierają się w kolejnych częściach dwóch cyklów. Tym razem tak nie będzie; ponadto będziemy mówić o kompozytorze, o którym miałem już okazję pisać.

Przejdźmy do rzeczy; dziś - dwunastego października dwa tysiące dwunastego roku - przypada sto czterdziesta rocznica urodzin jednego z największych (a na pewno mojego ulubionego) brytyjskich kompozytorów, a prawdopodobnie największego brytyjskiego symfonisty - Ralpha Vaughana Williamsa.


Jak może stali czytelnicy pamiętają, w tym wpisie chciałem ich zapoznać z muzyką tego autora. Poleciłem więc bardzo piękne, "pastoralne" dzieła, stanowiące przykład jego wczesnej twórczości. Później jednak zainteresowałem się symfoniami - Vaughan Williams tworzył je przez całe życie, ale mnie przyszło jako pierwszej wysłuchać siódmej - pochodzącej z późnego okresu, bo z lat 50. Uważam jednak, że był to wybór bardzo dobry na początek. Możliwe, że dane mi będzie opisać jeszcze pozostałe symfonie, ale dziś - z okazji urodzin kompozytora - skupmy się na mojej ulubionej - numerze siódmym, znanym również jako Sinfonia antartica.


Na początek parę słów o utworze ogólnie, później zaś przejdziemy do szczegółowego opisu wraz z muzyką.

Sinfonia antartica zaczęła powstawać jako muzyka na potrzeby filmu Scott of the Antarctic, opowiadającego o znanym pechowym brytyjskim odkrywcy. Vaughana Williamsa zainspirował temat Scotta, więc na podstawie materiału z muzyki filmowej stworzył programową symfonię do wykonywania na sali koncertowej.
Utwór napisany jest na wielką orkiestrę z rozbudowaną sekcją perkusyjną oraz partiami fortepianu, organów, sopranu oraz chóru żeńskiego.
Budowa symfonii nie jest do końca tradycyjna; składa się ona z pięciu części (trzecia połączona z czwartą). Mimo to jednak nadal przypomina ona cykl sonatowy.
Przed każdą częścią (w partyturze, choć niekiedy także w wykonaniu) pojawia się cytat z dzieła literackiego, adekwatny do tematu i charakteru danego fragmentu (pozwolę sobie przytoczyć je tu w przekładzie).
W tym utworze nie usłyszymy pogodnych angielskich melodii ludowych - tu królują raczej "zimne" dźwięki Antarktyki.

Teraz przejdźmy do słuchania wersji Royal Liverpool Philharmonic Orchestra oraz Royal Liverpool Philharmonic Choir pod batutą Vernona Handley'a wraz z sopranistką Alison Hargan i organistą Ianem Tracey'em:

I Preludium: Andante maestoso:


Znosić cierpienie, choć się los potwornie sroży;
Przebaczać zło, czarniejsze od śmierci i nocy;
Wyzywać moc, choć równą byłaby wszechmocy;
Stać bez drżenia i żalu, gdy czyn już powstanie;
Oto piękność, dobro, majestat, swoboda, cześć, cnota
I zwycięskie nad biegiem świata panowanie!


Cytat pochodzi z zakończenia "Prometeusza rozpętanego" Shelley'a - pasuje idealnie do heroicznego charakteru preludium.

Rozpoczyna się ono raczej cicho i tajemniczo - w melodii będącej głównym tematem symfonii słychać nosową barwę obojów i trąbek. Pojawiają się też dyskretne werble na kotłach. Następnie (0:19) dołączają wysokie dźwięki skrzypiec, a melodię kontynuują rogi i niskie smyczki(0:36). Później motyw z tematu pojawia się na tle trzech charakterystycznych werbli (0:51) - dwóch pierwszych na talerzu, trzeci zaś na bębnie wielkim. Wnosząca się melodia powtarza się, ma już osiągnąć punkt kulminacyjny, ale nagle cichnie (1:41) i "wspinaczka" znów się zaczyna. Tym razem jednak napięcie znajduje swe ujście i rozładowuje się w potężnym tutti (2:03) z prominentnymi instrumentami dętymi blaszanymi. Po dwóch triumfalnych akordach, z których drugi kończy się łagodnym diminuendo smyczków, zaczyna się kolejna sekcja (2:33); mniej potężna, zaś bardziej tajemnicza i "zimna". Głównym elementem jest figuracja grana na ksylofonie - na jej tle prezentowany jest przez szeroko rozłożone smyczki (wspomagane przez instrumenty dęte) drugi temat symfonii (2:42). Kolejny fragment (3:15) jest bardzo charakterystyczny dla tej symfonii. Rozpoczynają go narastające i cichnące dźwięki smyczków, rogów i harfy przeplatane z uderzeniami w bębny. Na tym tle pojawiają się głosy - najpierw sopran, a później razem z nim chór. Kolorytu dodaje jeszcze maszyna wiatrowa - instrument imitujący szum i gwizd wiatru (4:06). Odgłosy te przechodzą w podobny do początkowego temat (4:25). Jest to jednak tylko krótki przerywnik, gdyż zaraz rozpoczyna się kolejna charakterystyczna sekcja (4:45) - również brzmiąca bardzo "zimno" - pojawiają się w niej czelesta, dzwonki oraz wibrafon. Następnie słyszymy kolejny epizod (5:10) z jakby drwiącą fanfarą trąbek i instrumentów dętych drewnianych. Zaraz po nim pojawia się kolejna partia czelesty i dzwonków (5:32), która to może przypominać nam padający śnieg. Przechodzi ona w potężne tutti (w którym są one nadal wyraźne) z majestatyczną tym razem fanfarą waltorni (5:44) a następnie trąbek. Tło stanowią szybkie wznoszące się i opadające gamy w instrumentach dętych drewnianych i skrzypcach. Nagle muzyka się urywa i przy akompaniamencie samego tylko wysokiego tremolo skrzypiec flety i klarnety grają tajemniczą melodię (6:16). Następnie zaczyna się kolejny fragment (6:40). Charakterystyczne są dla niego zatrważające dźwięki niskich dzwonów i instrumentów dętych blaszanych w połączeniu z głuchymi uderzeniami w bębny. Powraca linia melodyczna sopranu, wyłaniająca się z poprzedniego materiału dźwiękowego (7:06). Po chwili dołączają do niej chór i maszyna wiatrowa. Mogłoby się zdawać, że to już koniec, ale nie! - słyszymy triumfalną fanfarę trąbek (8:15), która jest następnie przetwarzana. Znienacka, beż żadnej zapowiedzi pojawia się tutti (9:10), nawiązujące do tego, które już słyszeliśmy na koniec pierwszego segmentu - tym razem jednak prowadzi ono do ostatecznego zakończenia tej części.

II Scherzo: Moderato:



Tamtędy wędrują okręty, i Lewiatan, którego stworzyłeś na to, aby w nim igrał.

Cytat pochodzi z Pisma Świętego, Księgi Psalmów, Psalmu nr 104, werset 26. Pomaga on nieco w interpretacji programu symfonii.

Scherzo rozpoczyna się łagodnym wołaniem rogów, przeplatanym z wznoszącymi się i opadającymi skalami w partiach klarnetów. Przechodzą one w radosne tutti (0:15) z wyraźnymi dźwiękami dzwonków. Po chwili pojawia się majestatyczna i pogodna melodia (0:45), przywodząca na myśl owego biblijnego Lewiatana, czyli, jak zazwyczaj się to interpretuje, wieloryba. Kłóci się ona jakby z powracającym wołaniem waltorni. Charakter muzyki zmienia się (1:41) znów jest ona "zimna" dzięki dźwiękom ksylofonu, dzwonków, czelesty, a na ich tle pojawia się nisko leżąca linia melodyczna. Do orkiestry dołącza werbel na talerzu (2:07), zaś później gwałtowne skale w partiach fletów, przypominające gwizd wiatru (2:35). Powracają wołania rogów i "wielorybia" melodia (2:50), ale pozostałe instrumenty wywołują wrażenie chaosu.
Zaczyna się druga część scherza (3:08) - klarnety i fagoty wprowadzają nową melodię, zaś inne instrumenty - motyw opadających trzech dźwięków. Żartobliwa i jakby niezdarna muzyka z partiami trąbki i puzonu (3:21) ma naśladować pingwiny. Elementem łączącym poszczególne fragmenty są triole. Pojawia się punkt kulminacyjny (3:58) - głośne uderzenia pałeczką w talerz oraz niezdarna melodia tutti. Napięcie opada stopniowo. W końcu w smyczkach powraca melodia wieloryba (4:50) Scherzo kończą delikatne trzymane dźwięki rogów i trąbek z tłumikami oraz smyczków i akordy czelesty.

III Krajobraz: Lento:




Ye ice falls! Ye that from the mountain's brow
Adown enormous ravines slope amain —
Torrents, methinks, that heard a mighty voice,
And stopped at once amid their maddest plunge!
Motionless torrents! Silent cataracts!


Cytat pochodzi z Hymnu przed wchodem słońca, w Dolinie Chamouni Samuela Taylora Coleridge'a - niestety, nie mogę w tej chwili znaleźć przekładu. Gdy tylko go odkryję, zamienię go z oryginałem.

Fragment ten rozpoczyna się cichym glissandem na harfie połączonym z werblem na kotle i talerzu, co jednak odbieramy jako swego rodzaju dudnienie. Flety wprowadzają niepokojące akordy (0:06). Słychać też jakby odległą melodią graną na rogach z tłumikami (0:16). Po chwili dołącza ksylofon (1:18). Po chwili zaczyna się kolejna sekcja (1:38) - mamy w niej na przemian wznoszącą się i opadającą figurę zaakcentowaną dźwiękami dzwonków. Na jej tle prezentowana jest przez puzony i tubę melodia w niskim registrze (1:48). Napięcie zaczyna narastać (2:18). W końcu słyszymy uderzenie w gong i głośne akordy instrumentów dętych blaszanych (3:34). Cichną one jednak i pojawia się charakterystyczna melodia grana tutti, ale cicho. Potem przez rogi i niektóre, a następnie wszystkie instrumenty dęte drewniane prezentowany jest kolejny motyw (4:43), wykorzystany później w ważnym momencie. Na tle trzymanych dźwięków smyczków i rogów słychać jakby prymitywną melodię w partii fletu (6:20). Następnie gra on razem z harfą nieco hipnotyczną figurację (6:48), która stanowi tło dla przeprowadzenia przez altówki i wiolonczele lirycznej, ale nie sielskiej linii melodycznej. Do grających dołączają rogi z rytmicznymi triolami i flety z trylami (7:33). W końcu równowaga metryczna zostaje zaburzona (8:12) i crescendo fortepianu prowadzi do przerażającego tutti, słyszanego już przez nas jako ciche, tym razem jest grane fortissimo (8:40). Teraz najwspanialszy, moim zdaniem, moment w całej symfonii. Słychać uderzenie w gong i organy grają akordy słyszane przez nas już wcześniej (9:18). Przeplatają się one z akordami granymi przez orkiestrę. W końcu napięcie opada i powraca atmosfera z początku części. Prowadzi ona bezpośrednio do części czwartej.

IV Intermezzo: Andante sostenuto:




Miłość, zawsze jednaka, nie zna pór roku ani granic, ani godzin, dni, miesięcy.

Cytat pochodzi z The Sun Rising Johna Donne'a.

Ta część rozpoczyna się lirycznymi akordami harfy. Na ich tle obój gra swą melodię. Po chwili dołączają do nich pozostałe instrumenty. Taka sielska atmosfera utrzymuje się przez jakiś czas; następnie pojawia się melodia refleksyjna (1:19). Obok oboju jako instrument solowy pojawiają się skrzypce i wiolonczela solo. Linia melodyczna pojawia się też w partii rogów (2:30). Po chwili wraca znany nam już z pierwszej części motyw dzwonów (3:12). Prowadzi on tym razem do cichych i niepokojących akordów smyczków i harfy. Następnie w wykonaniu instrumentów dętych drewnianych słyszymy główny temat symfonii (3:58). Muzyka zaczyna brzmieć groźnie, ale po chwili znów powraca do klimatów początkowych (5:12).


V Epilog: Alla marcia, moderato (non troppo allegro):



Nie żałuję tej podróży; podjęliśmy ryzyko, wiedzieliśmy, że je podejmujemy, sprawy stanęły przeciwko nam, zatem nie mamy powodów do skarg.

Cytat (w moim topornym przekładzie, ale to nie poezja, więc nie ma tragedii ;) ) z Ostatniego Dziennika Kapitana Scotta.

Finał rozpoczyna się głośnym werblem, na którego tle słychać fanfarę trąbek, a następnie rogów, aż w końcu wszystkich instrumentów dętych blaszanych. Powraca początkowy temat symfonii (0:39) w formie marsza o nieco militarnym charakterze. Wyraźnie słychać werbel (1:42). Pojawia się charakterystyczny ozdobnik grany na fortepianie, któremu towarzyszy melodia (2:04) wzorowana na temacie. Przeplata się ona z niespokojnymi triolami. Po chwili ozdobniki te wykonują także rogi (3:02), a cały ten fragment prowadzi do bardzo głośnych akordów (3:19) (wzorowanych na motywie trioli), które stopniowo ustępują miejsca melodii powstałej z przetworzonego tematu. Po raz trzeci pojawiają się niskie dzwony (4:13). Pojawia się chór i maszyna wiatrowa. Przeplatają się one z tutti grającym temat przewodni (4:47). Nagle słyszymy dosłowny cytat z samego początku symfonii (5:42). Brzmi on prawie tak samo, ale w końcu przechodzi w solo sopranu (7:43), do którego dołączają pozostałe głosy oraz maszyna wiatrowa. To one, wraz z trzymanymi dźwiękami smyczków, kończą utwór.


Mam nadzieję, że moje powyższe wypociny stanowią prezent urodzinowy dla Pana Vaughana Williamsa, tj. że dzięki nim moim czytelnicy, a także Ci, którzy nimi nie byli, poznają jego twórczość, a zwłaszcza tę wspaniałą symfonię.

Pozdrawiam, Dr Kilroy

26.9.12

Mało znane bardziej znanych - cz. 2 - George Gershwin

Witam!

Po pewnej przerwie powracamy do tematów muzycznych. :)

Mam zwyczaj przeglądania w Wikipedii artykułu na temat bieżącego dnia miesiąca w poszukiwaniu, czy nie obchodzimy dziś rocznicy urodzin lub śmierci jakiegoś muzyka. W ten sposób zauważyłem, że dziś są sto czternaste urodziny ważnego amerykańskiego kompozytora - George'a Gershwina.




Nie byłem zdecydowany, czy lepiej ten wpis stworzyć na potrzeby cyklu "Mało znani, ale warci uwagi" czy "Mało znane bardziej znanych". W końcu zdecydowałem się na ten drugi, gdyż, jak pokazuje miernik popularności (liczba wyników wyszukiwania Google :) ), Gershwin (7 milionów wyników), choć mniej popularny niż Mozart czy Jan Sebastian Bach (po 17 milionów wyników) jest dość znacznie bardziej popularny od Vaughana Williamsa (2,5 miliona) czy Alaina (1,5 miliona). Tym razem jednak odejdę nieco od formuły, którą przyjąłem w pierwszym wpisie cyklu i zaprezentuję kilka utworów, które powinny być, moim zdaniem, znane szerszej publice.

Biografia Gershwina jest naprawdę barwna i ciekawa, więc, aby samemu nie przedstawić jej niedokładnie, odsyłam do odpowiednich źródeł, gdzie można ją przeczytać w ujęciu holistycznym.

Udało mi się po przystępnej cenie zdobyć płytę (a w zasadzie dwie) z kompletnym zbiorem utworów orkiestrowych Gershwina pod batutą Leonarda Slatkina (przy fortepianie Jeffrey Siegel), więc to nimi się zajmę.

Prawdopodobnie jeśli ktoś słyszał nazwisko Gershwina, zna go jako kompozytora "Błękitnej rapsodii" - "eksperymentu we współczesnej muzyce", dzięki któremu elementy muzyki jazzowej przeniknęły do muzyki poważnej (czego możemy doświadczyć np. w koncertach fortepianowych Ravela czy drugiej części jego sonaty skrzypcowej). Z podobną z pozoru sytuacją mogliśmy spotkać się, gdy mówiłem o "Bolerze" Ravela - w obecnym jednak przypadku trzeba stwierdzić, że, w przeciwieństwie do wyżej wymienionego, "Błękitna rapsodia" daje prawdziwe wyobrażenie o reszcie twórczości jej kompozytora (choć jest to faktycznie jego dość wczesny utwór - późniejsze mają bardziej dopracowaną formę, no i zostały zorkiestrowane przez niego samego).

Mało kto jednak zna kontynuację "rapsodycznego" trendu, kolejne wykorzystanie kontentującego Gershwina gatunku - "Drugiej rapsodii" (ang. Second Rhapsody). Moim zdaniem dorównuje ona swojej poprzedniczce, choć jest o około siedem minut krótsza.

Jest jednak jeden szkopuł - panowie Robert McBride i Frank Campbell-Watson, odpowiedzialni za partytury Gershwina po jego śmierci, zbytnio zagalopowali się w ich edycji i pierwszy z nich zorkiestrował utwór od podstaw. Jego dzieło nie jest wcale złe, więc nie demonizowałbym zbytnio tej wersji, pamiętajmy jednak, że nie jest to dokładnie to, co Gershwin miał na myśli. Oto i ona:




Pomyślałem, że nie będę opisywał dokładnie utworów z powodu sporej ich liczby, ale gdyby ktoś sobie życzył, to dałoby się zrobić. ;)

Pianista Michael Tilson Thomas jest zwolennikiem muzycznej rekonstrukcji muzyki Gershwina (choć zazwyczaj takich terminów używa się odnośnie do muzyki dawnej :) ), dlatego więc odnalazł oryginalną partyturę "Drugiej rapsodii" i na jej podstawie nagrał poniższą wersję, mniej lub bardziej potwierdzającą zamysły kompozytora.




"Druga rapsodia" posiada mniej motywów i z racji tego jest krótsza, ma jednak podobną budowę do "Błękitnej rapsodii" (a także większości pozostałych dzieł Gershwina): pierwsza sekcja szybka, druga liryczna, zaś trzecia znów szybka. W całości występuje dialog między orkiestrą a fortepianem, grającymi zarówno osobno, jak i razem.


Innym bardzo ciekawym utworem na fortepian i orkiestrę autorstwa Gershwina są Wariacje na temat "I got rhythm" - popularnej piosenki, również napisanej przez kompozytora.




Utwór zaczyna wprowadzenie melodii, następnie prezentowane są cztery wariacje. Pierwsza z nich jest jakby atonalna - fortepian gra chromatyczne figury, zaś orkiestra zapewnia linię melodyczną oraz harmonię. Druga wariacja ma formę lirycznego walca. Przechodzi ona w wariację orientalną - charakter tworzy użycie skali pentatonicznej, ozdobniki ksylofonu oraz fortepianu, a także ciekawe użycie perkusji i smyczków. Następnie przychodzi czas na wariację czwartą - ma ona charakter jazzowy. Partię są tak skomponowane, ażeby symulować improwizację. Po wszystkich wariacjach następuje energiczne, dobitne zakończenie, podobne charakterem do wstępu, ale wykorzystujące zasłyszane już motywy.

Uważam, że tym utworem Gershwin dał świetny przykład wariacji charakterystycznych, a na dodatek doskonale je zorkiestrował.


Następnym utworem, który chciałbym zaprezentować, jest "Uwertura kubańska". Bardziej znana jest jej wersja bez fortepianu, jednak pierwszą, którą ja odkryłem, jest poniższa, różniąca się dość znacznie.




Na początku myślałem, że to wersja bez fortepianu jest oryginalna, a o tę z fortepianem można by posądzić panów McBride'a i Campbella-Watsona. Z informacji, które ostatnio zdobyłem, wynika jednak, że oryginalny manuskrypt zawierał partię fortepianową, a więc to ona jest pierwotnym zamysłem Gershwina - nic dziwnego, że bardziej mi się ona podobała. :)

Mam nadzieję, że w ten sposób zachęciłem czytelników do przyjrzenia się twórczości Gershwina w całości, choć przyznaję - "Błękitna rapsodia" nadal pozostaje w gronie moich ulubionych utworów. :)

Pozdrawiam, Dr Kilroy

16.8.12

Co ciekawego w warszawskiej Filharmonii Narodowej?

Witam!

Przepraszam, że od dawna nie napisałem nowego artykułu, ale cały lipiec byłem poza domem na różnorakich wyjazdach wakacyjnych. :)

Na początek chciałem wypowiedzieć się na temat mojego pierwszego wyjazdu, podczas którego udałem się do Warszawy. Lecz czemu o tym mówię? Głównym powodem jest mój udział w XXII Festiwalu Mozartowskim organizowanym przez Warszawską Operę Kameralną.




Pojawiłem się na trzech koncertach z każdego rodzaju obecnego podczas festiwalu: koncercie chóralnym, operze i koncercie symfonicznym.

Na pierwszym z nich miałem przyjemność słuchać sławnego Requiem d-moll w Kościele Seminaryjnym na Krakowskim Przedmieściu. Naprawdę, nie mogłem skrytykować jakiegokolwiek elementu wykonania tego dzieła, ponadto uważam, że owacje na stojąco po koncercie były zasłużone. :)
Partia basso continuo (obecna jeszcze w niektórych religijnych utworach Mozarta) nie była wykonana na organach kościelnych (które miałem później okazję usłyszeć w pełnej okazałości na koncercie organowym niezwiązanym z omawianym festiwalem :) ), lecz na uroczym, małym, starym pozytywie o pięknym dźwięku.

Następnym wydarzeniem było przedstawienie operowe przy Teatrze Opery Kameralnej przy Alejach Solidarności. Wystawiana opera to "Uprowadzenie z Seraju".
Mozart jest moim ulubionym kompozytorem operowym,  ponieważ łączy mistrzostwo muzyczne z całkiem zabawną treścią literacką. :) Tak było i tym razem - jeśli chodzi o inscenizację i wykonanie dzieła, nie mogłem narzekać.
Miałem też po raz pierwszy w życiu okazję zagrać na klawesynie - jeden stał na operowym korytarzu. Niestety, dźwięki instrumenty wezwały z parteru Panią bileterkę, która nie omieszkała zwrócić mi uwagi, że na tym klawesynie nie wolno grać. :)

Koncert symfoniczny miał miejsce w Sali Wielkiej warszawskiego Zamku Królewskiego. Repertuar obejmował dwie mozartowskie symfonie: D-dur KV338 oraz C-dur KV551 ("Jowiszowa") oraz motet "Exsultate, iubilate" KV165. Znów zwróciłem uwagę na mały pozytyw wykorzystywany podczas wykonania motetu. :) Ten, choć nie był tak stary, jak ten, o którym pisałem wcześniej, także doskonale brzmiał, o czym można było się przekonać w trakcie recytatywu. Tutaj mógłbym się przyczepić do jednej rzeczy - dźwięk obojów był nieco zbyt głośny i słyszalny, nie zlewał się z resztą akompaniamentu. Mogło to być jednak spowodowane tym, że wykorzystane były instrumenty zgodne ze standardami epoki, trochę prymitywniejsze od współczesnych. Oprócz tego, wszystko było w porządku. :)

Niestety, XXII Festiwal Mozartowski skończył się już jakiś czas temu. Na dodatek możliwe, że już więcej się od nie odbędzie (z powodów finansowych). Mam więc nadzieję, że Warszawska Opera Kameralna otrzyma odpowiednie wsparcie i będzie nadal działała.


Ale teraz główny temat tego wpisu - zauważyłem, że w nadchodzącym sezonie artystycznym w warszawskiej Filharmonii Narodowej odbędzie się wiele ciekawych (przynajmniej dla mnie :) ) koncertów i chciałem zachęcić czytelników do wzięcia w nich udziału.

Pierwszy odbędzie się dziewiętnastego października i będzie to gościnny koncert Orkiestry Filharmonii Poznańskiej. Pierwszą pozycję zajmuje IV Koncert fortepianowy f-moll niezbyt znanego dziś kompozytora pochodzącego z Szamotuł (gdy jeszcze należały do Prus) - Ksawerego Scharwenki. Jako że nie jestem wielkim znawcą romantycznych koncertów fortepianowych, nie jest on w tym wypadku w centrum mojej uwagi (choć całkiem mi się podoba po kilku przesłuchaniach). Jest w nim za to dość znane (słusznie z resztą) dzieło brytyjskiego kompozytora Gustava Holsta - Planety. Niedawno po raz pierwszy przesłuchałem całej suity i uznałem ją za wspaniałą. :) Uważam ponadto, że choć utwór ten jest sławny, to mogę go tu opisać w ramach przedłużenia wpisu. ;)

Suita, składająca się z siedmiu części, powstawała w latach 1914-1916, kiedy kompozytor zafascynował się astrologią. Należy więc zwrócić uwagę, że owe tytułowe planety mniej oznaczają ciała niebieskie, a bardziej rzymskich bogów (np. z tego właśnie powodu nie ma w suicie Ziemi). Utwór został napisany na wielką orkiestrę, w tym dwa dość rzadkie instrumenty - flet altowy oraz obój basowy (jestem ciekaw, czy będą one użyte podczas październikowego wykonania). Teraz zajmijmy się każdą częścią z osobna, korzystając z poniższego nagrania Andrè Previna i Royal Philharmonic Orchestra:





1. I Mars, Zwiastun Wojny - to chyba najbardziej znana część "Planet". Budzi ona skojarzenia, jakoby Holst przeczuwał nadejście I wojny światowej, która jeszcze nie wybuchła, gdy pisał ten utwór. Zaczyna się on cicho, od militarnego rytmu w rzadko spotykanym metrum 5/4, wystukiwanego na kotłach i smyczkach con legno - oznacza to, że smyczek odwraca się i uderza drzewcem o struny. Wydaje to dźwięk porównywany do dźwięku ksylofonu. W tle można usłyszeć werbel na wielkim gongu - tam-tamie. Po chwili rogi i fagoty wprowadzają krótki motyw (0:06), jakby złowieszczy, który podejmują instrumenty dęte drewniane. Po mini-punkcie kulminacyjnym motyw ten znów prezentują puzony (0:32), a stopniowo przejmuje cała orkiestra. Wówczas słychać majestatyczne akordy na tle wciąż wyraźnie słyszalnego rytmu (1:06). Następnie (1:21) pojawia się jakby wznoszący się motyw grany na rogach, a później (1:42) przez niemal całą orkiestrę. Po kulminacji słyszymy jakby drwiącą melodię na tubie ozdobioną fanfarami trąbek (2:09), którą przejmują skrzypce i flety. Następnie pojawia się ona w partii trąbki, ale akompaniujące jej akordy są dysonansowe i niepokojące (2:42). Po masywnym akordzie tutti (3:03) pojawia się cichy, wolny, wznoszący się motyw, który pojawił się już wcześniej, tym razem przy słabym rytmie na werblu. Na początku motyw znajduje się w niskim rejestrze, ale podejmują go pozostałe instrumenty (3:29) nie zmieniając głośności - wykorzystany jest efekt całej orkiestry grającej cicho. Napięcie jednak narasta, słyszymy wyraźne crescendo, aż w końcu chyba najgłośniejszy i jakby najpotężniejszy fragment całego utworu - cała orkiestra (a będąc precyzyjnym, wyłączając kontrafagot, bęben wielki i gong) wygrywa znany nam już rytm (4:17). Potem (4:23) słyszymy złowieszczą melodię graną w o wiele większym składzie instrumentalnym niż na samym początku. Wkrótce wraca drwiąca melodia (5:05) i wznoszący się motyw (5:23). Ten fragment kończy potężny akord, w którym biorą udział także organy (6:12) i po którym następuje jakby chwilowe spowolnienie akcji. To jednak nie koniec! - za chwilę (6:40) słychać szybkie, wznoszące się dźwięki smyczków, do których dołączają instrumenty dęte drewniane i prowadzą do dysonansowych, jakby przerażających akordów (6:49), przeplatanych z pauzami, przez co nie wiadomo, czy to już koniec, czy jeszcze zabrzmią. Ostatecznie tę część kończą niskie, masywne dźwięki połączone z werblem na kotłach (7:12).

2. II Wenus, Zwiastun Pokoju - to moim zdaniem najpiękniejsza część i jedna z moich ulubionych. :) Rozpoczyna się ona cichym solo na rogu (7:22), które rzeczywiście kojarzy mi się z przestrzenią kosmiczną (choć, przypominam, w rzeczywistości ta część obrazuje boginię Wenus, nie planetę Wenus ;) ). Dołączają do niego lekkie, wysokie akordy fletów i obojów, a następnie fletów i klarnetów. Po tej introdukcji wiolonczele i kontrabasy (8:04) wprowadzają we fragment, w którym przy kołyszącym akompaniamencie harp, cichych rogów i fletów brzmi jakby rajska melodia zaakcentowana dźwiękami dzwonków, a zaraz potem zagrana na czeleście. Za chwilę wraca melodia z samego początku (8:47), ale przechodzi we wznoszące się pasaże na wiolonczeli (9:11), które prowadzą do zaakcentowanego akordu, z którego wyłania się melodia grana na skrzypcach solo z akompaniamentem obojów (9:31). Następnie melodia brzmi w połączonych pierwszych i drugich skrzypcach, a tło stanowią akordy waltorni (9:44), do których dołączają oboje i klarnety. Później słyszymy solo oboju z akompaniamentem fletów (10:18), a po nim przetworzoną, opadającą melodię graną znów na skrzypcach. Po chwili znów wracają skrzypce solo (10:47). Następnie słychać rozmowę krótkiego, sentymentalnego motywu granego na oboju (11:12) z wcześniej już słyszanym motywem granym po raz pierwszy na klarnecie, a po raz drugi - na altówkach. Prowadzi ona do kulminacji - melodii słyszanej przez nas wcześniej w wykonaniu oboju, tym razem w partiach smyczków i fletów (11:48), której odpowiada wiolonczela solo. Po tym słyszymy znów rajskie akordy harf z początku części (12:08), tym razem połączone z fagotami, rogami i klarnetami. Po cichym dźwięku czelesty znów słychać piękne solo waltorni (12:39), które jednak przejmuje flet, a akompaniują już nie flety i oboje czy klarnety, ale wysokie dźwięki skrzypiec z tłumikami (grane tylko przez połowę instrumentalistów). Zaraz potem pojawiają się wznoszące się pasaże na wiolonczeli solo (13:01), które kończy zaakcentowany akord, przechodzący w melodię na skrzypcach z trzymanymi dźwiękami fletów. Jest podobna do tej, granej przy początku przez skrzypce solo. Po niej słyszymy spokojne akordy fagotów z melodią na rogu, do których dołączają smyczki i wiolonczela solo ze znanym nam już, opadającym motywem (13:47). Za chwilę powracają akordy z samego początku części (14:01), które prowadzą tym razem do kołyszących, rajskich akordów połączonych z pasażami granymi na harfie i pojawiających się też w partiach innych instrumentów. Napięcie wzrasta razem z podnoszącą się melodią, ale rozwiązuje się spokojnie, cicho (14:59), początkowymi akordami, przy których brzmią ozdobniki wykonywane na czeleście. Akordy, stopniowo zwalniając, kończą utwór.

3. III Merkury, Skrzydlaty Posłaniec - ta część jest utrzymana w najszybszym tempie; zauważyłem to, gdy próbowałem przy słuchaniu śledzić partyturę. :) Zaczyna się szybkimi, lekkimi pasażami na instrumentach dętych drewnianych i smyczkach, na przemian wznoszącymi się i opadającymi (16:00). Mają one jakby żartobliwy charakter. Prowadzą one do wysokiego trzymanego dźwięku na skrzypcach (16:27), przy którym słychać ozdobne akordy harf i czelesty. Skrzypce zaczynają grać skoczny rytm, przy którym słyszymy akordy instrumentów dętych drewnianych i smyczków, czasem delikatne, a czasem donośne. Następnie rytm słychać w dzwonkach (16:43). Donośne akordy powtarzają się, aż w końcu przechodzą do partii harfy, przekształcając się w akompaniament dla melodii skrzypiec solo (17:02), granej następnie przez obój, flet, czelestę, klarnet, drugie skrzypce, do których dołączają w końcu pierwsze skrzypce, tworząc punkt kulminacyjny (17:39). Melodia powoli zanika, a znienacka pojawiają się pasaże z początku utworu (17:58). Prowadzą one w cichy szum smyczków (18:25) i gwar instrumentów dętych drewnianych. Cały ten chaos przechodzi w rozmowę wcześniej słyszanych motywów: delikatnych akordów czelesty i wówczas donośnych, a teraz jakby zadziornych dźwięków fletów na tle cichych uderzeń w kotły (18:59). Pojawiają się też motywy zaczerpnięte z początkowych pasaży oraz znana nam już melodia (19:12), grana najpierw na flecie piccolo, później na skrzypcach (solo i tutti). Znów słyszymy lekkie pasaże prowadzące do wysokiego trzymanego dźwięku skrzypiec (19:37). Na jego tle pojawiają się dźwięki czelesty, niskich smyczków, harfy, potem kontrafagotu i kontrabasu, aż wreszcie żartobliwe staccato instrumentów dętych drewnianych i pizzicato smyczków kończy utwór.

4. IV Jowisz, Zwiastun Wesołości - ten fragment zaczyna się wirującymi dźwiękami skrzypiec (19:52), na których tle słychać majestatyczną fanfarę waltorni. Wkrótce do skrzypiec dołączają pozostałe smyczki i wysokie instrumenty dęte drewniane, a melodię przejmują instrumenty basowe z kotłami. Potem znów słyszymy melodię, nieco przetworzoną, graną przez całą orkiestrę (2:18), a następnie wołanie rogów. Echo fanfary słychać w partiach smyczków oraz klarnetów i fagotów, a rogi w charakterystycznej frazie zastąpiła trąbka. Motyw ten powtarza się i przekształca, aż w końcu przechodzi w jakby ociężały chorał waltorni, puzonów, tuby oraz smyczków (20:56). Potem słyszymy go znów, w jakże innej, lekkiej postaci, granego głównie przez instrumenty dęte drewniane z akcentami w partii dzwonków. Następnie pojawia się przetworzony chorał smyczków, brzmiący tym razem tajemniczo (21:20) i przeplatający się z wirującym świergotem fletów. Za drugim razem słychać go w obojach i fagotach. Potem zaś trąbki, naśladując początkową fanfarę, na tle wysokich akordów prowadzą do jakby tanecznej melodii w trójdzielnym metrum granej na rogach z krótkimi dźwiękami smyczków (21:37). Dołączają do nich pozostałe instrumenty, aż w końcu charakter fragmentu podkreślają dźwięki tamburyna. Napięcie wzrasta, aż w końcu rozładowują je głośne akordy (22:31). Po nich słyszymy ciche dźwięki instrumentów dętych drewnianych na delikatnym tle pizzicato wiolonczeli i altówek. Niespodziewane przechodzą one w nostalgiczną, bardzo brytyjską melodię graną przez waltornie i smyczki (23:04). Nie sposób nie wspomnieć, że została ona później wykorzystana do patriotycznego hymnu "I Vow to Thee, My Country". Stopniowo dołączają do niej pozostałe instrumenty, a po momencie kulminacyjnym zanika i słyszymy motyw wołania (24:50). Potem pojawia się żywa melodia grana na oboju i flecie piccolo, która przechodzi w wirowanie, przypominając początek utworu. Powtarza się kolejność występowania fragmentów: fanfara, ociężały chorał oraz taneczna melodia - tym razem rozpoczynają ją instrumenty dęte drewniane z dodatkiem dzwonków (26:37). Taniec jest coraz głośniejszy, dołącza się do niego tamburyn, aż przekształca się w lekki świergot wysokich smyczków i fletów oraz klarnetów, przy wtórze którego słychać lekko przetworzoną, nostalgiczną melodię hymnu (27:17). Napięcie nadal wzrasta, aż świergot przechodzi w energiczne non legato wysoko brzmiących instrumentów (27:34), na którego tle majestatyczna fanfara instrumentów dętych blaszanych połączona z uderzeniami w kotły zamyka utwór.

5. V Saturn, Zwiastun Starości - to podobno ulubiona część kompozytora i najbardziej przypominająca jego późniejszy styl. Rozpoczyna się ona od tajemniczych, kołyszących akordów fletów i harp (27:50). Na ich tle możemy usłyszeć niską melodię graną na kontrabasach (28:01), do których później dołączają pozostałe smyczki. Pojawia się też krótkie solo oboju (28:51), powtórzone następnie przez wiolonczele. Mamy też okazję poznać brzmienie oboju basowego (29:08). Po krótkim solo i akordzie w partiach rogów słyszymy ciche pizzicato wiolonczeli i kontrabasów. Jest ono tłem dla marszowej, żałobnej melodii granej przez trzy puzony (29:41). Dołączają do niej trąbki, a następnie rogi, smyczki i instrumenty dęte drewniane. Po tym marsz zmienia nieco charakter - grupa fletów z akompaniamentem harf, bardzo cichych kotłów i kontrabasów wprowadza motyw (30:58), do którego dołączają następnie inne instrumenty - smyczki wzmacniają tło, a melodię najpierw instrumenty dęte drewniane, a później blaszane. Muzyka staje się coraz głośniejsza, aż słyszymy niespodziewane uderzenia w dzwony rurowe, symbolizujące upływ czasu (32:32). Marsz powraca tylko na chwilę, aby zaraz ustąpić miejsca frenetycznym akordom i dzwonom, na których tle możemy usłyszeć melodię w niskim rejestrze - tę samą, którą mieliśmy okazję usłyszeć na początku części (32:50). Motyw z melodii powtarza się, gdy tempo maleje, a napięcie spada. Dzwony cichną i słyszymy tajemnicze dźwięki flażoletów na harfie (33:46). Znów prezentowana jest znana nam już linia melodyczna - najpierw na kontrabasach, później na instrumentach dętych drewnianych, na końcu zaś na smyczkach z towarzyszeniem pedałowych dźwięków organów. Można też dosłyszeć ciche, spokojne odgłosy dzwonów rurowych. Na sam koniec słyszymy ją w wysokim rejestrze przy akompaniamencie fletów i harf.

6. VI Uran, Magik - ta część zaczyna się krótkim motywem zaprezentowanym przez trąbki i puzony (36:32). Po nich powtarzają go tuby i słyszymy charakterystyczne uderzenia w kotły. Następnie pojawia się groteskowa figura fagotów (36:51), do których dołączają pozostałe instrumenty dęte drewniane, potem smyczki, aż wreszcie instrumenty dęte blaszane. Na tle trąbek i głośnego dźwięku talerzy można usłyszeć ksylofon (37:10). Groteskowa figura przeplata się z początkowym motywem. Potem muzyka staje się lżejsza, jakby żartobliwa (37:31). Pojawiają się sola instrumentów o podwójnych stroikach. Następnie pojawia się ciężka melodia grana na rogach i smyczkach (37:57), do których później dołączają instrumenty dęte drewniane i trąbki. Słychać też energiczne werble na tamburynie. Perkusja w tym utworze nadaje charakter specyficzny dla wschodnich magów. Po punkcie kulminacyjnym opada napięcie i powtarza się motyw znany nam z początku (38:34). Znów pojawia się groteskowa figura grana na fagotach, na której tle słyszymy gwałtownie opadające pasaże fletów i klarnetu (38:52). Po tym zaś powraca motyw w takiej samej instrumentacji, jak na początku utworu, który tym razem prowadzi do marsza z wyrazistymi dźwiękami kotłów. Nową, marszową melodię wprowadzają tuby (39:12). W tej sekcji możemy usłyszeć reminescencje poprzednio usłyszanych fragmentów, uderzenia w kotły z introdukcji, tamburyn, opadające pasaże instrumentów dętych drewnianych. Napięcie wzrasta aż do melodii dołącza większość instrumentów, w tym w koloryzujący ją ksylofon (40:11). W końcu zaś następuje punkt kulminacyjny (40:41) - w niektórych nagraniach możemy wyraźnie usłyszeć (w tym niestety mniej wyraźnie) potężne glissando grane na organowym pleno! Po nim następuje krótka, cicha sekcja - na tle trzymanych dźwięków smyczków pojawiają się dźwięki harf. Wkrótce powraca jednak figura fagotów (41:20) i początkowy motyw. Utwór kończą potężne akordy, które stopniowo nikną. Możemy jeszcze dosłyszeć zaczerpnięte z wolnej sekcji ciche dźwięki harp (42:03).

7. VII Neptun, Mistyk - to jedna z moich ulubionych części, bardzo tajemnicza i pasująca do tak odległej planety, jaką jest Neptun. Rozpoczyna się melodią graną na fletach (42:15). W tle słychać tremolo na harfie. Wkrótce jako tło dołączają skrzypce i altówki (43:10). Możemy usłyszeć też akordy czelesty. Melodia przekształca się w pasaże grane przez wszystkie instrumenty dęte drewniane. Następnie figury są grane przez smyczki i harfy na tle trąbek i puzonów (43:45). Instrumenty dęte drewniane grają ciche akordy na tle dźwięków smyczków, harp, czelesty i cichego werbla na talerzu, a później na kotłach (43:58). Skomplikowane figuracje kończą się (45:40) i słyszymy wznoszące się dźwięki, najpierw w partii wiolonczeli, następnie instrumentów o podwójnych stroikach. Po tym następuje najbardziej magiczny moment w suicie - wchodzi chór żeński (45:58); znajduje się on poza sceną, za kulisami, więc jego dźwięki wydają się odległe i ściszone. Na ich tle pojawiają się waltornie i melodia klarnetu, a później skrzypiec i fletów. Wznoszące się dźwięki tym razem słychać w chórze (46:40) na tle spokojnych fletów i flażoletów harf. Znów na chwilę powracają gwałtowne pasaże (47:30), ale tylko po to, by znów ustąpić miejsca chórowi. Towarzyszące mu dźwięki fletów, harf, skrzypiec powoli zanikają, aż słyszymy tylko głosy (48:22), stopniowo rozpływające się w ciszę.

Suita "Planety" to jeden z pierwszych utworów, w których wykorzystano zakończenie w formie zanikania. Przez czas trwania suity drzwi pokoju za kulisami, w którym znajduje się chór, powinny być otwarte. Gdy nadchodzi zakończenie i ostatni takt, śpiewaczki powtarzają go dopóty, dopóki ich głos nie będzie słyszalny, a drzwi są cicho i powoli zamykane.

Mam nadzieję, że ten opis się spodoba, bo trochę nad nim natrudziłem, zwłaszcza jeśli chodzi o unikanie powtórzeń wyrazowych. :)


Następnym punktem, który mam zamiar opisać są koncerty odbywające się w styczniu 2013 roku.


Pierwszego będzie można słuchać dwa razy - jedenastego i dwunastego stycznia (prawdopodobnie pojawię się na tym drugim), a grane na nim będą Łańcuch I Witolda Lutosławskiego i (co bardziej mnie zainteresowało, choć oczywiście przepadam za Lutosławskim) Des canyons aux étoiles na fortepian, róg, ksylorimbę, dzwonki i orkiestrę Oliviera Messiaena. Niestety, utwór ten jest zbyt długi i skomplikowany, abym mógł go tu opisać. Poza tym nie mam jego partytury ani nawet nie przesłuchałem go jeszcze w całości. Dlatego w tym wypadku polecam przeczytanie mojego artykułu z serii "Mało znani, a warci uwagi" na temat Messiaena, który pojawi się jeszcze przed koncertem. ;)

Drugi styczniowy koncert odbędzie się piętnastego dnia miesiąca. Będzie to koncert kameralny. Zwróciłem na niego uwagę, ponieważ zawiera utwory wyłącznie francuskich kompozytorów (no i Lutosławskiego, jak przystało na koncert odbywający się w Roku Lutosławskiego :) ). Oto lista wykonywanych dzieł:

Witold Lutosławski - Bukoliki na altówkę i wiolonczelę
Jacques Ibert - Dwa interludia na skrzypce, flet i harfę
Marcel Tournier - II Suita na flet, skrzypce, altówkę, wiolonczelę i harfę
Albert Roussel - Serenada na flet, skrzypce, altówkę, wiolonczelę i harfę
Witold Lutosławski - Trzy fragmenty na flet i harfę
Claude Debussy - Sonata na flet, altówkę i harfę
Maurice Ravel - Introdukcja i allegro na kwartet smyczkowy, klarnet, harfę i flet


Szczerze mówiąc, zanim zainteresowałem się przyszłorocznym repertuarem Filharmonii Narodowej, znałem tylko Introdukcję i allegro Ravela. Później przesłuchałem oczywiście wszystkie utwory (z wyjątkiem, zdaje się, Tourniera - nie mogłem nigdzie znaleźć drugiej suity), ale nie zmienia to faktu, że nie znam ich jeszcze na tyle dobrze, aby je opisać. Nie sądzę jednak, aby słuchanie bez pomocy moich wypocin nie było przyjemne samo w sobie. ;)

Trzeci koncert odbędzie się, tak jak pierwszy, dwa razy - osiemnastego i dziewiętnastego stycznia. Rozpocznie go Mi-parti Witolda Lutosławskiego, zaś zakończy się mszą Requiem Gabriela Fauré. Obydwa utwory to rzecz jasna wspaniałe dzieła, ale mnie najbardziej zainteresowało, to znajduje się pomiędzy nimi. :) Jest to mianowicie Koncert fortepianowy D-dur na lewą rękę Maurycego Ravela. Pamiętam, że kiedy słuchałem go po raz pierwszy, niespecjalnie mi się podobał, ale teraz, kiedy mam już za sobą kilkadziesiąt przesłuchań, czuję się zobowiązany do jego analizy. ;) Niestety, nie znalazłem takiego nagrania, które naprawdę pasowałoby mi w każdym aspekcie, ale to poniżej, z Samsonem François i Orchestre National de l'Opera de Monte-Carlo pod batutą Ludwika Fremaux, to najlepsze, jakie znalazłem. Niestety jest w dwóch częściach.



Na początek warto wspomnieć, że Koncert fortepianowy na lewą rękę Ravela nie ma tradycyjnej budowy - teoretycznie jest ona trójdzielna, ale nie ma wyraźnych przerw między częściami. Na dodatek, nie są one charakterystyczne dla cyklu sonatowego - pierwsza i ostatnia są raczej wolne, zaś środkowa jest energiczna i dość szybka.
Koncert zaczyna się bardzo cicho, a na dodatek w niskim rejestrze, co czyni początek prawie niesłyszalnym. Rozpoczynają go mętne dźwięki kontrabasów, dające wrażenie, jakoby orkiestra jeszcze się stroiła. Możemy usłyszeć bardzo charakterystyczne, a jednocześnie rzadko występujące w literaturze solo kontrafagotu (0:12), który wprowadza główny temat całego koncertu. Po kontrafagocie pojawiają się rogi (0:36). Kontrafagot i kontrabasy intonują wznoszącą się melodię (1:11), którą kontynuują po kolei pozostałe instrumenty. Wreszcie wznoszący się motyw nakłada się na drugi temat koncertu, w tej chwili jeszcze słabo słyszalny (1:42). Można też usłyszeć fragment pierwszego tematu (1:55). Po crescendo i jakby urwanym dźwięku orkiestry wchodzi fortepian (2:18). Na początek jego partii składa się energiczna kadencja, która daje popis umiejętności solisty, a odstrasza tych, którzy jeszcze nie są gotowi wykonać tego koncertu. :) Dopiero po niej pojawia się pierwszy temat (3:01), zaprezentowany nam już na samym początku utworu. Pojawia się tu w nieco wzbogaconej odsłonie, razem z wirtuozowskimi wstawkami. Kończy go potężne glissando zasięgiem obejmujące niemalże całą klawiaturę (siedemdziesiąt osiem klawiszy, gdyby ktoś był ciekaw :) ), które prowadzi do tematu w wykonaniu orkiestry (4:55). Dla tego fragmentu charakterystyczne są głośne uderzenia w kotły. Po tym, jak cichną, napięcie wzrasta, aż słychać crescendo z udziałem perkusji i gwałtowna, jakby nieco karykaturalna fanfara trąbek (5:44). Następnie przejmują ją cichsze rogi i stopniowo napięcie opada w dość ciekawym rytmie habanery. :) Dźwięk orkiestry zanika i wchodzi fortepian (6:06), po krótkim wstępie prezentując liryczny drugi temat. Po jego przeprowadzeniu pojawia się solo rogu (7:10) wykorzystujące temat pierwszy. Następnie przejmują je klarnety. Melodię wykorzystują coraz to nowe instrumenty przy nieustających pasażach fortepianu, a napięcie rośnie. Nagle zmienia się charakter (7:57) - fortepian gra inną, spokojniejszą figurę, a smyczki wprowadzają wznoszący się motyw, który przyspiesza, dołączają do niego instrumenty dęte drewniane, aż w końcu przechodzi w część drugą -  militarne scherzo-marsz (8:19). Już na samym początku słyszymy charakterystyczne opadające dźwięki trąbek. Następnie wchodzi fortepian - tą właśnie figurą (8:27), a odpowiadają mu klarnety. Po kilka powtórzeniach z pewnymi zmianami pianista prezentuje energiczną melodię (8:46). Potem ten swoisty cykl powtarza się, oczywiście z pewnymi zmianami, ale charakter fragmentu pozostaje taki sam. Melodia fortepianu przenosi się coraz niżej, aż słyszymy niskie tryle, zarówno w partii solowej, jak i w partiach innych instrumentów.

Teraz należy włączyć drugą część nagrania. :) Części nakładają się, więc nic nie tracimy. Tryle fortepianu, a następnie rogów, fletu i klarnetu prowadzą do kontrastującej frazy - flety i harfa grają nieco jakby orientalną melodię z akompaniamentem szybkich pasaży fortepianu i smyczków pizzicato (0:12). W tym nagraniu fragment ten jest zagrany dość wolno - na moim nagraniu jest żywszy i tak chyba brzmi lepiej. ;) Proponuję znaleźć swoją ulubioną interpretację. Wracając do analizy utworu - tuż po tym słyszymy kolejny charakterystyczny i odmienny odcinek - ciche pizzicato altówek i wiolonczeli (0:36) tworzy tło dla jakby jazzującego solo fagotu, przypominającego nam pierwszy temat koncertu. Znienacka pojawiają się wysokie dźwięki fortepianu, grającego energiczną melodię z początku marsza (1:08). Następnie puzon z tłumikiem powtarza pierwszy temat. Dołącza do niego fortepian i dwie frazy nakładają się. Później temat jest grany przez klarnety, róg i obój (1:35), a następnie puzony. Melodię marsza gra flet piccolo. Potem następuje jeszcze inna zmiana - temat wykonują skrzypce, a melodię znów fortepian. Następnie słyszymy punkt kulminacyjny (2:08) - cała orkiestra wykonuje dwa nakładające się na siebie fragmenty melodyczne - smyczki i instrumenty dęte drewniane grają temat koncertu, zaś instrumenty dęte blaszane - motyw marsza. Całości dopełnia perkusja - kotły i trójkąt. Na innych, nowszych nagraniach brzmi to bardziej potężnie. :) Napięcie gwałtownie opada - na tle pizzicato smyczków słyszymy solo fagotu wzorowane na marszowej melodii (2:27). Po wtrąceniu opadającego motywu przez fortepian solo przejmuje róg. Znów pojawia się opadający motyw, występujący na przemian w partii solowej oraz partiach innych instrumentów. Znienacka słychać znów orientalną melodię, tym razem graną przez klarnety, z akompaniamentem fortepianu (2:45). Muzyka zaczyna przyspieszać, aż w końcu zatrzymuje się i pianista gra wznoszącą się figurę (3:05), która prowadzi do trzeciej części koncertu, zaczynającej się potężnym glissandem (3:18). Wolna melodia grana jest przez niemal wszystkie instrumenty, a wtórują jej puzony, tuba, fortepian oraz perkusja.  Napięcie wzrasta i orkiestra gra coraz głośniej, aż rozładowuje się przy donośnym dźwięku instrumentów dętych blaszanych i perkusji połączonym z chaotycznymi, opadającymi figurami instrumentów dętych drewnianych i smyczków (4:06). Prowadzą one do najtrudniejszego dla solisty fragmentu, w którym prezentuje on swoje umiejętności, czyli kadencji (4:25). Pojawiają się w niej tematy utworu - na początku pierwszy, następnie drugi, potem wariacje na temat pierwszego. W końcu wchodzi orkiestra - gra ona nałożone na siebie obydwa tematy koncertu (8:20), wznoszące się aż do cody (8:50) - instrumenty dęte grają "fanfaropodobny" motyw na tle pasaży fortepianu. Marsz powraca jeszcze na chwilę (8:58), aby ostatecznie zakończyć utwór.

Wreszcie na koniec ostatni koncert, który odbędzie się dziesiątego kwietnia. Występować będzie European Union Youth Orchestra, zaś na podium dyrygenta stanie Włodzimierz Aszkenazy. :) Wykonywanymi utworami będą Wariacje symfoniczne Witolda Lutosławskiego, Valses nobles et sentimentales Maurycego Ravela, Suita z baletu Łanie (Les biches) Franciszka Poulenca oraz Muzyka do baletu Święto wiosny Igora Strawińskiego. Moją uwagę na ten koncert zwróciły drugi oraz ostatni utwór, ale wyłącznie Walce... Ravela znam wystarczająco dobrze, aby je opisać. Nie zrobię jednak tego tak dokładnie, jak to miało miejsce w wypadku Planet czy Koncertu fortepianowego, gdyż walce to miniatury, których nie tak się tak przeanalizować. Utwór ten w oryginale był napisany na fortepian, a dopiero później zorkiestrowany do użycia w balecie Adélaïde, ou le langage des fleurs. Posłużmy się tym całkiem dobrym nagraniem Philharmonia Slavonica pod batutą Henry'ego Adolpha:



Oto pierwszy walc - Modéré, czyli w tempie umiarkowanym. Dysonansowe, modernistyczne harmonie (np. na początku) przeplatają się w nim z banalnymi melodiami, jakby wyjętymi z dzieł Straussa (nie, żebym miał coś przeciwko Straussowi ;) ). Nadaje to miniaturze charakter nieco karykaturalny, przerysowany, ale równocześnie dobry jako introdukcja. Ważna w tym walcu jest perkusja, a zwłaszcza tamburyn - przypomina o tanecznym charakterze utworu. Przypomina on trochę inne dzieło Ravela inspirowane walcem  - La valse. 


To walc numer dwa - Assez lent (dość wolno). Charakter tego utworu jest znacznie inny, niż poprzedniego, tajemniczy i spokojny. Mamy w nim dysonansowe akordy i modernistyczne brzmienia, a także melodie w stylu Gymnopédies Satiego. Jako, że ta miniatura jest cicha, wyraźnie słychać dźwięki harf, pełniące ważną rolę w niektórych fragmentach.


To trzy następne walce, grane bez przerw. Pierwszy z nich - Modéré - jest prosty, pogodny i ma jakby ludowy charakter. Wyraźnie zaznaczony jest rytm. Często pojawiają się w nim sola instrumentów dętych drewnianych - oboju, rożku angielskiego i klarnetu. Kolejny utwór - Assez animé, rozpoczynający się w pierwszej minucie i trzydziestej pierwszej sekundzie powyższego nagrania, znów wykorzystuje straussopodobne motywy. Ciekawie wykorzystano ciche uderzenia talerzy. Ten walc jest żartobliwy i jakby nieco ostentacyjny. Trzeci w tym nagraniu - Presque lent (2:46) - ma charakter spokojny, powiedziałbym: nieformalny, lekceważący. Kończy się humorystycznym uderzeniem w trójkąt (i zarazem dobrym przykładem, jak należy go używać - oszczędnie ;) ).



Tutaj mamy dwa kolejne utwory - pierwszy z walców - Assez vif - jest utrzymany w nietypowym metrum 3/2 przeplatanym z 6/4. W charakterze jest wytworny, ale jakby ociężały, na końcu pierwszej frazy lekko zwalnia. Jest to najkrótsza z miniatur - w zależności od interpretacji trwa ok. 40-50 sekund. Po niej zaczyna się Moins vif - najbardziej skomplikowany z walców, w którym znajduje się też punkt kulminacyjny całej suity. W wersji fortepianowej jest także najtrudniejszy do wykonania. Zaczyna się powoli, spokojnie, jakby sennie, ale po wstępie słyszymy dość żywą, wdzięczną melodię. Po chwili przechodzi ona w bardziej energiczny, wznoszący się, elegancki motyw, a on prowadzi do głośnego punktu kulminacyjnego z udziałem perkusji. Po tym fragmencie następuje cicha sekcja w szybkim tempie, nieco chaotyczna, ale w końcu uporządkowująca się i przechodząca w początkowy walc. Po nim znów następuje energiczny motyw i walc kończy się tanecznym tutti.



Ostatni z walców - Epilogue: lent - ma charakter spokojny, refleksyjny. Przypomina nieco drugą część suity. Ważną rolę w tej powolnej miniaturze pełnią harfa oraz czelesta. Możemy też co chwilę usłyszeć cytaty z poprzednich walców. Poważny motyw z początku tej części ciągle się powtarza, aż na tle smyczków następują końcowe dźwięki.


Mam nadzieję, że ten wpis wynagrodzi długie nań czekanie. :) Następny będzie już, jak mi się wydaje, o zwykłej dla blogu tematyce.

Pozdrawiam, Dr

PS Powyższe analizy nie były czynione w zbyt sprzyjających warunkach, więc proszę zwrócić mi uwagę na ewentualne błędy. :)

18.6.12

Mało znane bardziej znanych - cz. 1 - Jan Sebastian Bach

Witam!

Zgadza się - dziś znów będę Państwu ukazywał muzykę nieznaną zwykłym śmiertelnikom. :) Cykl "Mało znani, a warci uwagi" traktuje na temat dość mało znanych kompozytorów (przynajmniej w Polsce - przykładowo R. Vaughan Williams jest całkiem dobrze znany w krajach anglojęzycznych, tak jak u nas np. Chopin ;) ). Wpisy tego cyklu będą nieco krótsze, gdyż będą one traktować o pojedynczych utworach - zgodnie z jego tytułem, o utworach nieznanych publice, autorstwa jednakże kompozytorów, których nazwiska obiły się o uszy nawet zupełnym laikom w kwestii muzyki poważnej.

Jeśli natkniemy się na utwór, o którym słyszeliśmy, czy nawet taki, który dobrze znamy - brawo! To oznacza, że znamy muzykę nie tylko z nierzadko pięknych, ale wyrwanych z kontekstu twórczości i nadużywanych przez kulturę masową komunałów muzycznych (vide wspominane już na tym blogu "Bolero" Ravela), ale i z perełek, które, mimo uroku, nie zyskały należnej sławy.

Aby wpisy były ciekawsze, utwór postaram się omówić bardziej szczegółowo, niż to robiłem w pierwszym cyklu.

Dziś przedstawię utwór najprawdopodobniej najbardziej powszechnie znanego kompozytora wszech czasów - Jana Sebastiana Bacha.

Do najsławniejszych jego utworów należą m. in. Toccata i Fuga d-moll BWV 565 (którą prawdopodobnie nie on napisał), Aria na strunie G z suity orkiestrowej nr 3, która w przeciwieństwie do poprzedniej pozycji, dość dobrze odzwierciedla pozostałą twórczość Bacha oraz Preludium z Suity wiolonczelowej nr 1, która pokazuje umiejętność kompozytora w napisaniu utworu polifonicznego na instrument wybitnie raczej jednogłosowy.

Zdecydowanie jednak mniej osób zna skromne, a warte uwagi dzieło pod tytułem Capriccio sopra la lontananza del suo fratello dilettissimo, czyli "Kaprys na wyjazd najukochańszego brata" na instrument klawiszowy. Ja odkryłem je poprzez kolekcję "Wielcy kompozytorzy", którą zbierałem jakiś czas temu i jestem z niej bardzo zadowolony. :)

Utwór ten jest wyjątkowy ze względu na to, że jest, jak na Bacha, bardzo programowy. Stanowi też przykład jego bardzo wczesnej twórczości - kompozytor stworzył go w wieku dziewiętnastu lat! Powodem nadania kaprysowi takiego tytułu był wyjazd na służbę u króla szwedzkiego Karola XII brata Jana Sebastiana - był nim mój imiennik Jan Jakub Bach. :)

Teraz wysłuchajmy utworu i zajmijmy się jego analizą.



Pierwsza część to Arioso ("ariopodobnie"), utrzymana w tempie adagio. Według programu Bacha przedstawia przyjaciół brata próbujących odwieść go od zamiaru wyjazdu. Fragment ten, zgodnie z nazwą, przypomina arię - występuje w nim piękna, śpiewna melodia okraszona wieloma ozdobnikami.

 Druga część - Andante fugato (w naszym nagraniu rozpoczyna się w 2:22) - jest w tempie nieco szybszym. Nazwa (i oczywiście budowa utworu ;) ) informuje nas, że przypomina ona fugę. Opisuje ona przyjaciół roztaczających przed wyjeżdżającym różne nieszczęścia, które mogą mu się przydarzyć podczas podróży. Grając tę część należy pamiętać o prawidłowym i dokładnym wykonaniu ozdobników.

Trzecia część (3:48) w tempie adagissimo - czyli bardzo wolnym - przedstawia lament przyjaciół. Zaczyna się ona jakby recytatywem głosu basowego. W nutach nad nutami owego recytatywu są zapisy oznaczające akordy, używane w realizacji basso continuo, tzw. bas cyfrowany. Możemy więc ten recytatyw ubogacić o odpowiednie dźwięki akordowe. Dalej pojawia się partia melodyczna, bardzo chromatyczna, jak na czasy Bacha - chromatyka była w jego czasach używana do wyrażania rozpaczy i nieszczęścia. Po niej słyszymy kolejny recytatyw basu, a następnie kolejną chromatyczną melodię. Część kończy głos basowy, tym razem bez basu cyfrowanego. Fragment ten pozbawiony jest ozdobników, co dobrze podkreśla jego powagę.

Czwarta część (6:26) Andante con moto obrazuje przyjaciół, którzy godzą się z sytuacją i zbierają się, aby pożegnać wyjeżdżającego brata kompozytora. Ten najkrótszy z fragmentów ma za zadanie wyprowadzić nas z żałobnego charakteru adagissima i przygotować na weselsze dalsze utwory.

Piąta część (7:16) to Aria pocztyliona w tempie adagio poco, czyli niezbyt szybkim. Fragment ten jest wesoły, pogodny, a nawet żartobliwy. Możemy dostrzec jeden z przejawów programowości - swoistą onomatopeję muzyczną - naśladowanie charakterystycznych dźwięków pocztyliońskiego rogu.

Ostatnia część (8:42) to fuga imitująca dźwięki rogu pocztyliona. Utwór ten znakomicie w pogodny sposób kończy kaprys. Możemy w nim usłyszeć wielokrotnie przetwarzany motyw z fragmentu piątego, a także inne, przypominające hejnały powiadamiające o dowiezieniu poczty. Może jest tam i list od brata, który szczęśliwie dotarł na miejsce?


Mam nadzieję, że nowy cykl przypadnie do gustu czytelnikom. :)

Pozdrawiam, Dr Kilroy

31.3.12

Mało znani, a warci uwagi - cz. 2 - Jehan Alain


Witam!

Dziś powiem o kompozytorze, którego, mówiąc dokładnie, poznałem w katedrze, a mówiąc jeszcze dokładniej, w Archikatedrze Św. Jana Chrzciciela w Warszawie. :) Otóż kiedy znajduję się w stolicy, przynajmniej raz staram się pojawić na jednym z koncertów festiwalu "Organy Archikatedry", który odbywa się w owej bazylice. W programie, oprócz Bacha znajdowało się zupełnie mi nieznane nazwisko. To jednak utwory jego posiadacza jako jedyne zapamiętałem z tego koncertu. Kompozytorem tym był francuski organista Jehan Alain.


Jehan Alain, żyjący w latach 1911-1940, jest znany głównie z utworów organowych i uważam je za najbardziej udane. Jego styl jest bardzo charakterystyczny i oryginalny - renesansowe skale modalne (mówiąc prostym językiem to skale/gamy oparte na białych klawiszach klawiatury; rodzaj skali zależy od pierwszego jej dźwięku) łączą się w nim z nietypowymi, modernistycznymi rytmami i harmoniami.

Pierwszym utworem Alaina, który usłyszałem (na wcześniej wspomnianym koncercie), były Wariacje na temat Clementa Jannequina. W tym raczej medytacyjnym dziele, renesansowa melodia (faktycznie nie skomponowana przez Jannequina, ale anonima) jest powtarzana dwa razy przy akompaniamencie głosów fletowych przez głos obojowy i fletowy. Później następuje przetworzenie melodii i grana jest ona przez kornet (kombinację różnych specyficznych głosów). Na sam koniec melodia przyjmuje swą pierwotną formę i, choć utwór jest utrzymany w tonacji g moll, kończy się w charakterystyczny dla renesansu i baroku (patrz preludia i fugi Bacha) sposób akordem majorowym (występuje tzw. tercja pikardyjska - rozwiązanie, które bardzo lubię :) ).



Innym zestawem wariacji, nieco mniej znanym, jest Variations sur l'hymne "Lucis Creator". Melodia wariacji pochodzi z renesansowego hymnu Lucis Creator Optime. Ekspozycja tematu w pierwszej części ma lubianą przez Alaina formę chorału. Organista gra na manuałach akordy, zaś na pedałach melodię (używając wysokich głosów trąbki). W przeciwieństwie do cichych Wariacji na temat Jannequina, utwór zaczyna się monumentalnie i głośno, z użyciem organowego tutti. Pierwsza wariacja jest spokojna - melodia brzmi w wykonaniu głosu smyczkowego. Druga ma formę fugato ("fugopodobną") i jej charakter przypomina ekspozycję.


Kolejne ciekawe dzieło Alaina to Deux danses a Agni Yavishta - zbiór dwóch tańców zainspirowanych przez muzykę Wschodu (Agni Yavishta to bożek indyjski). Pierwszy, szybki, ma registraturę podobną do Wariacji na temat Jannequina - melodia prowadzona jest w głosie obojowym z akompaniamentem fletów. Taniec drugi ma bardziej zmienny charakter.




Jako przerywnik od utworów organowych podam ciekawy utwór fortepianowy. Mnie najbardziej przypadła do gustu Etude de sonorite. Jest to etiuda o tajemniczym charakterze, grana w górnych partiach klawiatury:




Jednym z piękniejszych utworów jest "Chorał dorycki" o elegijnym nastroju:



Na sam koniec zostawiłem najsławniejszy utwór Alaina (który również słyszałem na koncercie w warszawskiej katedrze), ponadto uważam, że zasługuje on na swoją sławę. :) Dzieło to to Litanies - monumentalne przedstawienie modlitwy. Początkowo utwór ten miał być komiczny i przedstawiać wieśniaka uciekającego ze swoim wózkiem przed żandarmami, którzy rzucają w niego cegłami (dość groteskowe, nieprawdaż? :) ). Niestety, siostra Alaina zginęła w wypadku, a kompozytor, tknięty tym wydarzeniem, zmienił tytuł i "program" dzieła. Przyznajcie Państwo jednak, że muzyka pasuje doskonale zarówno do pierwszego, jak i drugiego tematu. :)



Jehan Alain, pomimo krótkiego życia, napisał wiele wspaniałych utworów. Zachęcam więc do ich eksploracji po zapoznaniu się z moimi propozycjami, które uznałem za idealne jako wprowadzenie.

Pozdrawiam, Dr Kilroy

5.3.12

Mało znani, a warci uwagi - cz. 1 - Ralph Vaughan Williams

Witam!

 Dziś pierwszy post po dość długiej przerwie spowodowanej moją chorobą i nadrabianiem zaległości po niej. :)

W tym cyklu chciałbym podzielić się z czytelnikami muzyką kompozytorów niezbyt znanych publice, moim zdaniem niesłusznie.

Kompozytora, o którym będę dziś mówił, poznałem głównie przez przypadek - prenumeruję kolekcję Mistrzowie Muzyki Klasycznej. Co jakiś czas dostaję dwie płyty z muzyką dwóch różnych kompozytorów - najczęściej tych z kręgu powszechnie znanych, ale czasami trafiają się i tacy, których muzyki nigdy wcześniej nie słyszałem. Tak też było i tym razem - otrzymałem płytę z muzyką Ralpha Vaughana Williamsa.


Ralph Vaughan Williams, urodzony w roku 1872, a zmarły w 1958, był jednym ze sławnych kompozytorów brytyjskich (których, po zastanowieniu się, nie było faktycznie dużo - w podręcznikach szkolnych, jakie mam, nie ma słowa o ani jednym).  Życiorys nie jest tu obligatoryjny - mnie chodzi głównie o muzykę, a zainteresowanych życiem Vaughana Williamsa odsyłam do Wikipedii. :) Mogę powiedzieć, w nawiązaniu do poprzedniego wpisu, że był on uczniem Maurycego Ravela.

Jako że kompozytor tworzył w XX wieku, nie da się precyzyjnie zakwalifikować jego stylu tworzenia. Co więcej - nie zalicza się go także do umownych pod-stylów, takich jak impresjonizm, ekspresjonizm, dodekafonia, itd. Można go jednak określić jako typowo brytyjski.

Vaughan Williams był także kimś w stylu etnografa muzycznego - fascynowała go angielska muzyka ludowa. Badał ją, zapisując tradycyjne melodie i niekiedy wykorzystywał je w swoich własnych kompozycjach. Można to od razu poznać, słuchając ich - mógłbym to określić jako archaiczne progresje harmoniczne (czyli następstwo po sobie różnych akordów :) ) w stylu renesansowym, charakterystyczne dla angielskiej muzyki ludowej.

Inna charakterystyczna cecha twórczości Vaughana Williamsa, oprócz oryginalnych melodii i harmonii, to kwestia instrumentacji. W jego utworach często pojawiała się harfa - instrument kojarzony z kulturą celtycką, a więc mający coś wspólnego z Wielką Brytanią. Instrumenty smyczkowe (przynajmniej w dziełach, których słuchałem) mają sporą przewagę nad dętymi - często te drugie w ogóle nie występują, a kiedy się pojawiają, smyczki częściej grają melodię i prominentne partie (kompozytor grał na skrzypcach). Co zaś bardzo dziwne, jeżeli chodzi o kompozytorów współczesnych - nie pozostawił po sobie ani jednego utworu na fortepian (wyłączając koncert na fortepian i orkiestrę). Komponował jednak zamiast tego na organy.

Poniżej zapraszam do wysłuchania kilku utworów, które uważam za dobre jako wprowadzenie w twórczość Vaughana Williamsa:

Na początek chyba najsłynniejszy utwór tego kompozytora - Fantazja na temat "Greensleeves" - angielskiej melodii ludowej:




Dwa bardzo ciekawe koncerty solowe na instrumenty z reguły nieużywane w ten sposób - obój oraz tubę:



Fantazja na temat Thomasa Tallisa, kompozytora renesansowego (w tym filmie jest też mój ulubiony obraz - "Wędrowiec nad morzem mgieł" Friedricha :) ):


Na koniec bardzo piękny "koncert w jednej części" - The Lark Ascending, czyli "Wznoszący się skowronek" - prawdopodobnie jedyny utwór ze skrzypcami solo, który lubię:



Życzę miłego słuchania. :)

Pozdrawiam, Dr Kilroy

12.11.11

Ciekawe ilustracje, cz. 2

Witam!

Słowem wstępu: przepraszam, że długo nie pisałem. Obecnie mam zadziwiająco więcej pracy niż w poprzednim roku, więc i rzadziej piszę. Postaram się to jednak mimo wszystko robić częściej. Jeżeli ktoś ma pomysł na artykuł (a o nie trudno), proszę napisać go w komentarzach. Byłbym bardzo wdzięczny. :)

Dziś chciałbym pokazać ilustrację, którą znalazłem nie szukając informacji na temat stroju, ale muzyki (do której pozwolę sobie nieco nawiązać w tym wpisie):




Oto zdjęcie z przyjęcia urodzinowego jednego z moich ulubionych kompozytorów, Maurycego Ravela, które odbywało się w Nowym Jorku. Z brzegu po prawej możemy zauważyć innego kompozytora, którego utwory przypadły mi do gustu - George'a (czy też Jerzego, jeśli tłumaczymy imiona ;) ) Gershwina. Postaram się omówić stroje mężczyzn z powyższego zdjęcia - na tyle dokładnie, na ile pozwalają zdjęcia.

Monsieur Maurice Ravel znany jest głównie ze swojego dzieła orkiestrowego Boléro, które jest jednak dla niego wybitnie niecharakterystyczne i może dawać o nim nieco fałszywe wyobrażenie. Z drugiej strony daje przykład zwykłej dla Ravela mistrzowskiej orkiestracji (bardzo ciekawe połączenia instrumentów) i naśladownictwa muzyki hiszpańskiej (matka kompozytora była Baskijką), które pojawia się w kilku innych dość znanych utworach.

"Znać Ravela z Bolera" to związek frazeologiczny, którego czasem używam do opisania wiedzy powierzchownej i przez to nieco mylącej. :) Dlatego tym, którzy chcą znać tego ciekawego kompozytora nie tylko "z Bolera", ale także z utworów doprawdy dla niego charakterystycznych, polecam La Valse oraz Koncert fortepianowy G-dur (z dzieł orkiestrowych) i suity Valses Nobles et Sentimentales oraz Le Tombeau de Couperin (z utworów fortepianowych).

Przechodząc do tematu stroju - Ravel ubrany jest na tym zdjęciu w smoking z zamkniętymi wyłogami wyłożonymi prawdopodobnie krepą (dla porównania - mniej znany kompozytor, a także dyrygent i skrzypek Manoah Leide-Tedesco, stojący na prawo od Ravela, ma smoking z wyłogami pokrytymi satyną). Koszula jest oczywiście biała, ze sztywnym przodem (zapiętym czarną, najprawdopodobniej onyksową spinką) i wysokim, frakowym odczepianym kołnierzykiem - proszę porównać z dzisiejszymi wątłymi, przyczepionymi i niskimi kołnierzami! Muszka jest czarna, zaś kwiatek w butonierce oraz włożona nieregularnie poszetka - białe. Powiedziałem, że kwiat jest w butonierce, lecz w tym wypadku to raczej jedynie takie wyrażenie, gdyż jest on umieszczony zbyt wysoko. Prawdopodobnie został wykorzystany pewien fortel, polegający na włożeniu kwiatka w kozerkę - miejsce między kołnierzem, a klapą. W ten sposób nie jest zaburzona jedwabna płaszczyzna wyłogu:




Warto również zwrócić uwagę na następujący szczegół, który mi się spodobał, nie widać go jednak na zdjęciu, które podałem, ale na takim, które zostało zrobione z większej odległości:




Tak, Ravel na swoje przyjęcie urodzinowe założył moje ulubione buty - lakierowane czółenka z kokardkami, na dodatek do białych skarpetek! Niektórzy przypuszczają, że kompozytor w ogóle nie założył skarpet, jednak mnie wydaje się to dość nieprawdopodobne. Dowiedziałem się też, że w środowiskach artystycznych lat 20. i 30. jasne skarpetki do stroju wieczorowego były dość popularne. Tak czy inaczej, takie połączenie daje nieco arystokratyczny efekt "À la manière de Louis XVI", parafrazując tytuł jednego z utworów Ravela. Mnie taki zestaw się podoba i ucieszyło mnie, że ma on jakieś podłoże historyczne; zawsze czytałem, że skarpetki do stroju wieczorowego powinny być ciemne, aby nie przerywać wydłużającej ciemnej linii nóg.


Kolejną osobą, którą mam opisać, jest George Gershwin. Podobnie jak Ravel, stworzył on swój własny, niepowtarzalny styl, którego nie można przypisać żadnemu konkretnemu kierunkowi (w przeciwieństwie do Ravela był on jednak w miarę jednolity). Inspiracją była dla niego, jak sam ją określał, "amerykańska muzyka ludowa" - jazz. Choć skomponował wiele znanych piosenek, a także muzykę do kilku musicali (w których występował m.in. znany nam Fred Astaire), nie możemy (to moja opinia; zdania są podzielone) do jazzu zaliczyć jego najbardziej znanej kompozycji - "Błękitnej rapsodii". Utwór ten, choć nie został przez Gershwina zorkiestrowany, przedstawia doskonale najbardziej charakterystyczne cechy jego twórczości - obecność solisty fortepianowego przewodzącego orkiestrze (przyzwyczajenie do "formatu" big bandu?), zestawienie elementów muzyki poważnej z popularną, podział na kontrastujące części - szybką, wolną i szybką oraz używanie wielkiej ilości różnych tematów muzycznych modyfikowanych i rozbudowywanych na wiele sposobów.

Nie podśmiewam się z osób, które z utworów Gershwina znają tylko "Błękitną rapsodię", ponieważ dobrze odzwierciedla ona całokształt twórczości kompozytora. Tym jednak, którzy chcą usłyszeć więcej jego utworów, serdecznie polecam Koncert fortepianowy F-dur - moje ulubione dzieło Gershwina, Wariacje "I Got Rhythm", w których melodia popularnej piosenki jest przetworzona w wersjach atonalnej, walcowej, orientalnej i jazzowej (którą można porównać ze zwykłym stylem kompozytora) oraz poemat symfoniczny "Amerykanin w Paryżu", zawierający (na moje ucho) nieco więcej elementów muzyki poważnej niż pozostałe utwory, uważany przez samego Gershwina za jedno z jego największych osiągnięć.

Strój Gershwina, podobnie jak stroje pozostałych mężczyzn na zdjęciach, stanowi smoking z zamkniętymi wyłogami. Jego koszula, w przeciwieństwie do pozostałych, ma kołnierzyk wykładany. W brustaszy znajduje się biała poszetka. Cały zestaw nie jest zbyt wyróżniający się. Jedynym elementem zwracającym na siebie uwagę jest kamizelka - czarna, z klapami i dość kanciastym "dekoltem". Nie jest ona jednak zapinana na guziki, lecz na spinki - w tym wypadku onyksowe z metalowymi  obwódkami. Dziś spotyka się takie bardzo rzadko.

Na dziś to już wszystko. Mam nadzieję, że moje propozycje do utworów zostaną wysłuchane, a może nawet zachęcą do eksploracji muzyki kompozytorów, którym poświęciłem niniejszy artykuł. :)

Pozdrawiam, Dr Kilroy